Politycy na całym świecie uwielbiają rozmawiać o mediach społecznościowych nastolatków. Unia Europejska nie jest wyjątkiem. Niektóre państwa członkowskie rozważają wprowadzenie surowych zakazów dostępu dla osób poniżej 16 roku życia. Inni sugerują obniżenie tego progu. Estonia? Odrzucają cały pomysł. Tallinn zamiast rygorystycznych ograniczeń wiekowych opowiada się za umiejętnością korzystania z technologii cyfrowych. Wskazują na istniejące regulacje, takie jak ustawa o usługach cyfrowych (DSA). Ich zdaniem skuteczne egzekwowanie przepisów jest ważniejsze niż nowe przepisy.
Ale prawdziwym problemem nie są zakazy. To ona ponosi główny ciężar odpowiedzialności.
Eksperci profesorowie dr Jörg M. Fergert i dr Maria Melkjær opublikowali niedawno raport, w którym próbują zrównoważyć ten obraz. Dokument został zatwierdzony. Uznaje, że nie wszyscy nieletni są tacy sami. Odzwierciedla wezwanie Komisji do nałożenia obowiązków na platformy. Ale jeśli chodzi o rodziców? Ton staje się miękki. Oferowane są rekomendacje. Ale nie obowiązkowe standardy.
Pozostawia to ustawodawcy szerokie pole do interpretacji.
Iluzja prostoty
Debata na szczeblu krajowym jest nadmiernie uproszczona. Ostrość jest wąska. Minimalny wiek dla sieci społecznościowych. I nic więcej. Francja niedawno zakazała używania smartfonów w szkołach. To wygodne określenie na nagłówki. Politycy to uwielbiają. To przynosi korzyści polityczne.
Ale szczegóły techniczne? Zdolność instytucjonalna do egzekwowania przepisów? To jest ignorowane.
Na poziomie UE rozmowa ta nie jest nowa. Bruksela ma warstwy przepisów. Ustawa o usługach cyfrowych (DSA) ocenia szkodliwe cechy projektu. RODO chroni dane osobowe. Dyrektywa o audiowizualnych usługach medialnych obejmuje platformy wideo.
A to dopiero początek.
Mamy ustawę o sztucznej inteligencji. Dyrektywa w sprawie nieuczciwych praktyk handlowych. Dyrektywa w sprawie praw konsumentów. Dyrektywa w sprawie odpowiedzialności za produkt. Nawet kontrowersyjne propozycje kontroli czatu („Kontrola czatu”). Plus programy alfabetyzacji cyfrowej. Strategie. Oświadczenia.
Jednak debata pozostaje statyczna. Nowe poziomy regulacji zastępują egzekwowanie starych.
UE uruchomiła aplikację do weryfikacji wieku. Prawdopodobnie wkrótce zaproponują jednolity minimalny wiek dla całego kontynentu. Opowiadają się za zakazaniem niektórych funkcji projektowych, takich jak nieskończone przewijanie. Wygląda na akcję. Ale czy jest skuteczny?
Omijanie barier
Spójrz na Wielką Brytanię lub Australię. Nastolatki łatwo omijają ograniczenia. VPN. Platformy niszowe. Nieuregulowane aplikacje. Zasady tworzą grę w kotka i myszkę, w której organy regulacyjne przegrywają.
Europejscy prawodawcy przyglądają się temu. Wiedzą, że fragmentacja stanowi ryzyko. Chcą zapobiec podobnemu scenariuszowi w Europie. Jak dotąd to nie zadziałało.
Aplikacja Komisji Europejskiej do weryfikacji wieku została zaprezentowana na początku tego roku. Krytycy to zmiażdżyli. To niewiarygodne. Agenci AI ominęli jego kontrole „w ciągu kilku minut”.
Dodaj do tego zasady minimalizacji danych. Wszędzie widzimy przecieki. Na platformach prywatnych. W służbach rządowych. Jeśli aplikacja wymaga zbierania danych w celu sprawdzenia wieku, narusza te właśnie zasady.
Fragmentacja wszystko komplikuje. Państwa członkowskie spieszą się z uchwalaniem swoich przepisów. Większość ma wyższe progi niż 13 lat. Ekspertyza sugeruje ograniczenie dostępu do dzieci poniżej 13 roku życia. Ale wiele krajów będzie się opierać. Wskażą oni na ten sam raport, argumentując, że preferowane są wyższe progi.
Uzgadnianie wspólnych zasad na poziomie UE staje się coraz mniej realistyczne.
Rodzice w tle
W tym miejscu pojawia się tarcie. W raporcie nałożono główną odpowiedzialność na dostawców usług cyfrowych. Rodzicom przypisuje się rolę drugorzędną.
„Dostawcy mediów społecznościowych i innych usług cyfrowych ponoszą główną odpowiedzialność za bezpieczeństwo nieletnich…”
W tekście uznano, że kontrola rodzicielska zanika w miarę usamodzielniania się dzieci. Wpływ rówieśników rośnie. Rodzice nie mają czasu. Nie mają umiejętności cyfrowych. Nie wiedzą, jak korzystać z narzędzi kontrolnych.
Ale zauważ zmianę kulturową. Komisja chce zmian. Ale zmiany nie bierze się wyłącznie z przywództwa. Wymagają połączenia środków regulacyjnych i programów edukacyjnych, wzmocnionego większym zaangażowaniem rodziców.
Czasami rodzice są częścią problemu. Ułatwiają obejście przepisów. Przenoszą telefony bez ograniczeń.
Jest mało danych. Naszym najlepszym punktem odniesienia jest ankieta EU Kids Online z 2020 r. Odkrywa zaskakującą prawdę. Tylko 22% europejskich rodziców korzysta z istniejących narzędzi kontroli rodzicielskiej.
Wyjątkami są Francja i Malta. Litwa? 12%. Czechy? 14%.
Grupa ekspertów preferuje środki miękkie. Umiejętność korzystania z technologii cyfrowych. Zalecenia. Narzędzia pomocnicze. Jednak znaczące zmiany wymagają silnego zaangażowania. Nie tylko dla platform. Ale także dla rodziców.
Odpowiedzialność czy obojętność?
UE posiada ramy ochrony dzieci. Władze lokalne to egzekwują. Jednak obecny dyskurs polityczny nie przewiduje bezpośredniej odpowiedzialności rodziców.
Bez jasno określonej odpowiedzialności za nadmierny czas ekranowy. Brak zachęt do zwalczania cyberprzemocy i nadużyć w Internecie. Wielu rodziców pozostanie biernych.
Będą polegać na Brukseli. Będą opierać się na lokalnych przepisach. Nie wezmą odpowiedzialności za cyfrowe życie swoich dzieci.
Czy słuszne jest obwinianie ich za wszystko? Być może nie. Ale różnica pozostaje ogromna. Platformy są poddawane analizie. Rodzice wymyślają wymówki.
Dopóki równowaga się nie zmieni, świat cyfrowy pozostanie w dużej mierze niechroniony.






























